niedziela, 30 marca 2014

1. Duże zmiany.

    - Ange! Wstawaj, dziś ostatni dzień szkoły! - te słowa usłyszałam w dniu, na który czekałam od 3 lat. Zakończenie tego pieprzonego piekła - gimnazjum. Nienawidziłam wszystkiego, co z nim związane. Okropnie było patrzeć pięć razy w tygodniu na te wszystkie zakłamane twarze, fałszywe uśmiechy. Tak bardzo tego nienawidziłam. Przez 3 lata udawałam szczęśliwą nastolatkę. W rzeczywistości tak nie było. Przecież nigdy nie miałam prawdziwych przyjaciół. Ludzie, których poznałam wiecznie udawali, zawsze rzucali mi kłodę pod nogi. Z resztą każdy zachowywał się w ten sposób wobec siebie. Ja nie chciałam taka być. Dlatego zakończenie gimnazjum miało być dla mnie wspaniałym dniem. Ale to nie był jedyny powód do szczęścia. Istniało jeszcze coś, co sprawiało, że miałam ochotę piszczeć i skakać. Wyjazd do Los Angeles, do mojego wymarzonego Miasta Aniołów! Ojciec znalazł tam pracę, bardzo dobrze płatną. Dowiedziałam się, że mam tam ciotkę, u której zamieszkamy na jakiś czas, póki sobie wszystkiego nie poukładamy. Nowością było dla mnie też to, że od września i ja miałam zacząć pracę. Tak, ja, szesnastoletnia dziewczyna. Nie miała być to ciężka robota - pomoc w sklepie mojej ciotki. Był to chyba jakiś mały sklepik z różnymi pierdołami, nic wielkiego. Myślę, że jak dla mnie jest to niezła praca, mogłam się po prostu dorobić na własne zachcianki i nie obciążać tym swoich rodziców.
     Uroczyste zakończenie roku szkolnego dobiegło końca. Weszłam do domu z najszczerszym uśmiechem, jaki zagościł na mej twarzy po 3 latach.
- Jestem! - krzyknęłam, wchodząc do niewielkiej kuchni. Moje mieszkanie było skromne, przeciętne. Sypialnia rodziców, mój pokój (który był tym ulubionym kątem w domu), pokój gościnny, kuchnia, toaleta. Nic nadzwyczajnego. W ogóle żyliśmy skromnie, dlatego ten wyjazd do LA i nowa, lepiej płatna praca mojego ojca zapowiadała się być czymś naprawdę niezwykłym. Mieliśmy zacząć wszystko od nowa.
- I jak, zdążyłaś się pożegnać ze swoimi przyjaciółmi? - zapytała mnie mama z równie szerokim uśmiechem na twarzy.
- Och, oczywiście, że tak! Będę za nimi trochę tęsknić... - kłamstwo. Po pierwsze: nie miałam przyjaciół, po drugie: za nikim nie będę tęsknić.
- Wylatujemy z Polski 1 lipca, tata zarezerwował już bilety na samolot. - powiedziała, prawie że jednym tchem. Boże, cóż za cudowna wiadomość! Wiedziałam, że mieliśmy stąd wyjechać szybko, ale nie wiedziałam, że AŻ tak szybko. Musiałam się pohamować, aby nie zacząć skakać ze szczęścia.
- To za dwa dni! Wow, nie spodziewałam się takiego tempa. 
- To nie koniec wieści... Lepiej usiądź. - okej, zaczęłam się powoli obawiać, że mogę usłyszeć za chwilę jakąś wiadomość, która niekoniecznie mi się spodoba. - Pojedziesz 3 lipca na koncert tego twojego ulubionego zespołu... jak im tam...
- 30 Seconds To Mars, Marilyn Manson?! Mamo, jak to?! - krzyknęłam o mało nie piszcząc ze szczęścia. Nie mogłam uwierzyć. Nie takiej wiadomości się spodziewałam, jednak mama zaskoczyła mnie w bardzo pozytywny sposób. Nie mogłam w to uwierzyć.
- Och tak, to ten pierwszy zespół. Nie wiem, czy mogłabym puścić cię na tego drugiego... szatana. - udałam, że nie usłyszałam ostatniego słowa. Zawsze mnie irytował sposób, w jaki wypowiadała się o Mansonie.
- Ale jak to? A bilety? Trzeba zamówić bilety i...
- Spokojnie. - przerwała mi natychmiast. Wszystko załatwione. Z twoim tatą uznaliśmy, że skoro od dawna tak bardzo ci zależy na ich koncercie, to my ci to zagwarantujemy, jeśli mamy ku temu możliwość. Ange, 3 lipca zobaczysz swoich idoli. -oznajmiła mi w taki sposób jakby chciała mnie upewnić, że to co mówi jest prawdą. Nie odpowiedziałam. Po prostu rzuciłam jej się na szyję i zaczęłam płakać. Ten koncert to spełnienie moich marzeń. Mama chyba nigdy w życiu nie wiedziała mnie w stanie takiej euforii.

***********

    6 rano. Nadszedł ten dzień. Dzień, w którym wszystko miało się zmienić, a wiedziałam, że tak się stanie. Tak naprawdę w nocy prawie nie spałam. Nie potrafiłam zasnąć ze świadomością, że za kilka godzin opuszczę swój ojczysty kraj i rodzinne miasto. Najlepsze było to, że wcale nie było mi z tego powodu ani smutno, ani przykro. Nie miałam przecież za czym i za kim tęsknić. No, może jedynie za moją najbliższą rodziną, ale ci obiecali, że będziemy w kontakcie i że pewnego dnia nas odwiedzą. Czyli nie musiałam się o nic martwić.
    Wstałam z łóżka, spoglądając na spakowane już walizki. Podeszłam do biurka, na którym leżała kartka z rozpiską wszystkich rzeczy, które miałam ze sobą zabrać. Sprawdziłam walizki trzy razy, aby mieć pewność, że wszystko spakowałam. Oczywiście tak też było. Poszłam do łazienki, żeby wziąć szybki prysznic. Wychodząc z mojego pokoju, zobaczyłam rodziców, którzy również szykowali się do podróży. Co prawda wylot mieliśmy o 11:00, ale chyba wszyscy byliśmy tak bardzo przejęci tym wszystkim, że nie potrafiliśmy dłużej spać, nie było o tym mowy. Po umyciu się, ubrałam obcisłe dżinsy oraz czarny t-shirt Bring me the horizon. Nałożyłam na rzęsy niewielką ilość tuszu, a moje ciemnie, farbowane już kilka razy włosy spięłam w kitkę. Pomyślałam też o tym, żeby może coś zjeść, ale byłam tak zestresowana nadchodzącym lotem, że nie potrafiłam niczego przełknąć. Nigdy nie leciałam samolotem, a za kilka godzin miałam wylecieć do LA. Naoglądałam się tylu filmów o katastrofach lotniczych, że momentami byłam naprawdę przerażona myślą, że i ja będę musiała wsiąść do tej ogromnej maszyny. Jednak rodzice, którzy lecieli już samolotem, uspakajali mnie i cały czas mówili, że nie ma powodu do obaw. Starałam się im uwierzyć.
    Czas, jaki pozostał do odlotu zagospodarowałam na rozmyślanie. Rozmyślanie nad tym, jak będzie wyglądało teraz moje życie. Nasuwały mi się miliony pytań. Jak sobie poradzę w tak ogromnym mieście? Czy znajdę tam przyjaciół? Może się zakocham? Może jednak zacznę tam kiedyś studiować? I co najważniejsze: czy uda mi się spotkać swoich idoli? To, że pojadę na koncert Marsów miałam już zagwarantowane, ale tak naprawdę liczyłam na coś więcej. Marzyłam o tym, żeby z nimi chociaż chwilę porozmawiać. Chciałam  najzwyczajniej w świecie się do nich przytulić i podziękować za to, że po prostu są. Mieszkanie w LA na pewno da mi większą szansę, że to się spełni. Postanowiłam, że będę próbować. Tak bardzo chciałam już tam być... 

********

    Podróż minęła spokojnie. Zbędne były moje obawy o to, że coś może się stać podczas lotu. Wysiedliśmy z samolotu. Na lotnisku był bardzo duży tłok, musiałam trzymać się rodziców, żeby się nie zgubić. Ciotka już na nas czekała. Stała przy swoim czarnym mercedesie. Naprawdę niezłe auto. Zawsze podobały mi się nowoczesne, czarne, lśniące samochody, a w USA była to chyba norma.
- Chodźcie tutaj! - krzyknęła do nas, wymachując ręką tak, abyśmy ją zauważyli. Nie trudno było ją odszukać wzrokiem wśród tłumu, skoro miała na sobie żarówiasty, rażący w oczy top. Szybkim krokiem podeszliśmy do niej z naszymi ogromnymi bagażami. - Jak dobrze was widzieć po tylu latach! - powiedziała, niby z entuzjazmem, przytulając do siebie moją mamę, potem ojca, a w ostatniej kolejności mnie. Poczułam się dziwnie i nieswojo. Ciotka Sara była dla mnie tak naprawdę zupełnie obcą kobietą. Co gorsza od razu zauważyłam fałszywość w jej oczach. Nie wiem czemu, to chyba taki "dar", lub po prostu doświadczenie nabyte po 3 latach gimnazjum. Od razu potrafiłam wyczuć, czy ktoś ma dobre intencje, a kto tylko udaje. A ciotka udawała. Czułam, że nie jest jakoś specjalnie zachwycona naszym przyjazdem. Jestem ciekawa czy rodzice musieli się doprosić, aby u niej zamieszkać, czy ona sama to zaproponowała. Ugh, już na samym wstępie jej nie polubiłam. Nie lubiłam takich kobiet jak ona. 
    Jechaliśmy z lotniska do naszego nowego domu. Całą podróż gapiłam się przez szybę samochodu na to cudowne miasto. Byłam zachwycona... Nie bez powodu Los Angeles jest nazywane krainą miliona świateł. Zawsze miałam okazję oglądać ją jedynie na zdjęciach, czy też teledyskach, a teraz ja, we własnej osobie miałam tam zamieszkać. Czy życie nie jest piękne? Dojechaliśmy do celu. Gdy wysiadłam z czarnego merca ciotki to... szczęka mi opadła! Dom był ogromny! Szczerze mówiąc nie mam pojęcia po co aż tak ogromny, skoro ciotka Sara mieszkała sama. Basen, pięknie wypielęgnowany ogród, drewniana altanka... Ha, najśmieszniejsze było to, że ona sama na to nie zapracowała. Była wdową. Dostawała co miesiąc pieniądze za swojego zmarłego męża. No przecież ze zwykłego sklepiku nie dorobiłaby się takiego majątku. Weszliśmy do domu. Wnętrze było zaprojektowane w odcieniach bieli i szarości, co nie wywarło na mnie piorunującego wrażenia. Ciotka zaprowadziła mnie od razu do góry po schodach, aby pokazać mi mój pokój. Weszłyśmy na piętro. Wskazała mi ręką pierwsze drzwi po prawej, po czym zeszła od razu na dół. Chyba obojętne jej było czy spodoba mi się pokój, czy też nie. Otworzyłam drzwi i zaraz po tym szepnęłam sama do siebie ciche 'wow'. Byłam zdumiona, bo pokój był dwa razy większy od tego dotychczasowego. Jasnozielone ściany, dwuosobowe łóżko ze śnieżnobiałą pościelą, duża, przestrzenna komoda, która bez problemu pomieściła moje ubrania, ogromne lustro, w którym mogłam się cała przejrzeć. Brakowało mi tylko rzeczy, które wyrażały mnie i to co kocham, ale wiedziałam, że z upływem czasu mój pokój będzie wyglądał tak, jak chciałam żeby wyglądał.
    Zeszłam na dół do kuchni, w której byli moi rodzice wraz z ciotką. Na stole była już przygotowana kolacja, na której widok aż ciekła mi ślinka. Byłam bardzo głodna. Usiedliśmy do stołu, zaczęliśmy jeść, rozmawiać o tym jak minęła podróż i w ogóle o takich nic nieznaczących głupotach. Po kolacji wzięłam długą, odprężającą kąpiel, po czym walnęłam się na łóżko i natychmiast zasnęłam. Musiałam być strasznie zmęczona.

********
    2 lipca. Ten dzień spędziliśmy na małym "zwiedzaniu" LA. Ciotka pokazała nam okolicę, żebyśmy wiedzieli jak mamy się mniej więcej poruszać, jeśli chcielibyśmy wybrać się na jakieś zakupy, może do kawiarni czy restauracji, lub po prostu na spacer. To miasto było tak ogromne, że naprawdę łatwo było się w nim zgubić. Taka wycieczka zdecydowanie nam się przydała. Och, byłam zafascynowana Miastem Aniołów. Obserwowanie jego codzienniego życia było już dla mnie czymś niezwykłym. Boże, chwilami zastanawiałam się, czy to wszystko dzieję się naprawdę. To było jak sen, z którego nie miałam ochoty się wybudzać. Po powrocie do domu byłam padnięta. Wzięłam prysznic, po czym położyłam się od razu do łóżka. Westchnęłam głęboko, czując ulgę, że po całym, męczącym dniu leżę w wygodnej, miękkiej pościeli.
- Jutro koncert... zobaczę ich. - szepnęłam do siebie cichutko, po czym zamknęłam oczy i pogrążyłam się w głębokim śnie. Tak, czekał mnie wielki dzień. Koncert Marsów. Nie sądziłam tylko, że tego dnia moje życie zmieni się tak bardzo i niespodziewanie.

____________________

Hej. Jestem Echelonem, który postanowił stworzyć tu swój mały świat. Oto pierwszy rozdział. Opowiadanie będzie głównie o Jaredzie, ale obiecuję, że momentów Shomo nie zabraknie! W kolejnym rozdziale akcja na pewno znacznie się rozwinie. Nie wiem kiedy go wstawię... zawsze piszę pod wpływem weny, więc ciężko mi stwierdzić, co ile będą pojawiać się rozdziały. Cóż, zapraszam do czytania i komentowania :)

4 komentarze:

  1. Jak widzę,jestem pierwsza :)
    Pierwszy rozdział czytało mi się lekko i jednym tchem.Widać,że pisanie go sprawiało Ci przyjemność.Da się to wyczuć i to bardzo pozytywne.Miałam łzy w oczach jak Angie dowiedziała się,że zobaczy Marsów na żywo.Ahh,to współodczuwanie,nawet w fanfictions!
    Pierwszy rozdział bardzo mi się podoba i czekam na kolejny :)

    OdpowiedzUsuń
  2. podoba mi sie, nareszcie jakies ff w którym nie ma love story między główną bohaterką a jaredem shannonem czy tomo, jest bardziej oryginalne (: śpiesz sie z następnym rozdziałem!

    OdpowiedzUsuń
  3. dziękuję bardzo! Oj, postaram się jak najszybciej :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale super! Ciekawy pomysł, mam nadzieję, że kolejne rozdziały będą jeszcze lepsze :D czekam na więcej :*

    OdpowiedzUsuń