czwartek, 3 kwietnia 2014

2. Szczęście w nieszczęściu?

   Rażące w oczy promienie słońca, przenikające przez cienką firankę zawieszoną na moim oknie, obudziły mnie wcześniej niż przewidywałam. Rozpoczął się ten dzień, na który czekałam od bardzo dawna. Przeciągnęłam się kilka razy jednocześnie ziewając, przetarłam moje zaspane oczy, po czym bez problemu wstałam. Już od samego rana byłam strasznie podekscytowana, chciałam zacząć przygotowania już, teraz, zaraz! Zeszłam na dół, aby zjeść jakieś śniadanie. Byłam bardzo głodna, bo ostatniego wieczoru nic kompletnie nie jadłam, tylko od razu poszłam spać. W kuchni siedziała jedynie ( i na szczęście) mama. Ojciec z ciotką pojechali gdzieś do miasta, bo tata musiał załatwić coś jeszcze w związku z nową pracą. A napisałam ''na szczęście'', bo po prostu lubiłam spędzać poranki z mamą, rozmawiając nawet o zwykłych głupotach. Z tatą nie miałam tak dobrego kontaktu jak z nią, a o ciotce już nie wspomnę. Oprócz tego, że zamieszkałyśmy pod jednym dachem, nie łączyło nas nic więcej. Była dla mnie zupełnie obca.
- I jak się spało? - mama odezwała się do mnie, kiedy tylko pojawiłam się u progu kuchni. W ręku trzymała oczywiście filiżankę z kawą. I ona, i mój tata byli uzależnieni.
- A, całkiem dobrze. - odpowiedziałam, dosiadając się do stolika. Skubnęłam jej jednego tosta, którego miała na talerzu. Uwielbiałam jej tosty, były najlepsze na świecie. Idealne na śniadanie.
- Twój tato zaprosił mnie na kolację dzisiejszego wieczoru... Nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli nie podwieziemy cię na ten koncert? Wiesz, restauracja, do której jedziemy, jest w zupełnie  innej części miasta i...
- Oczywiście, że nie mam nic przeciwko! Ten klub jest niedaleko, z resztą mogę sprawdzić w necie jak mam dojść. - naprawdę się ucieszyłam, że mnie nie będą podwozić. Mogłam przy okazji pospacerować trochę po LA sama i zachwycać się nim dwa razy bardziej. Samochodem nie miałabym takiej frajdy, bo chwila moment i dojechalibyśmy do klubu.
- O, to świetnie. Mam jeszcze małe pytanie... W co ja mam się ubrać? - zauważyłam lekki uśmiech na jej twarzy, który od razu odwzajemniłam. Lubiłam, gdy pytała mnie o takie rzeczy, bo czułam się, jakbym miała doradzać najlepszej przyjaciółce, która idzie na randkę z nowo poznanym przez siebie chłopakiem. To takie urocze, że moi rodzice po tylu latach małżeństwa, chcieli zrobić na sobie jak najlepsze wrażenie.
- Ubierz to, w czym czujesz się dobrze. We wszystkim wyglądasz świetnie, a tata na pewno będzie zachwycony.

*******

   Zaczęłam się szykować. Wzięłam długą, odprężającą kąpiel, po czym poszłam do swojego pokoju, żeby ubrać się w końcu odpowiednio do okoliczności. Stanęłam na środku i walnęłam się w czoło, bo uświadomiłam sobie, że nie przygotowałam ubrań na dziś i nie miałam pojęcia, gdzie jest mój 'marsowy' t-shirt. Zaczęłam przekopywać szafę z ubraniami, aż w końcu większość znalazła się na podłodze. Straciłam na poszukiwaniach sporo czasu, ale nie było mowy o tym, abym przestała szukać. Dla mnie ten t-shirt był niezbędną rzeczą, jakiej potrzebowałam na ten koncert. Nie znałam tu nikogo, więc chciałam, żeby Echelon, który spotka mnie na mieście, rozpoznał, że należę do nich. Na szczęście moje poszukiwania zakończyły się sukcesem i mogłam odetchnąć z ulgą. Ubrałam t-shirt, obcisłe, czarne rurki i oczywiście mój naszyjnik z triadą. Włosy rozpuściłam, lekko podprostowałam końcówki, bo zawsze wywijały mi się na wszystkie strony i zrobiłam delikatny makijaż. Stanęłam przed ogromnym lustrem, które miałam w moim pokoju, obejrzałam się z każdej możliwej strony i nareszcie mogłam stwierdzić, że wyglądam tak, jak chciałam wyglądać - idealnie. No, i poza tym każdy Echelon byłby w stanie rozpoznać we mnie 'duszę z Marsa'.
   Była dopiero 15:00, więc zostały mi cztery godziny. Postanowiłam, że pooglądam w internecie koncerty Marsów. Och, jak ja uwielbiam to robić. Zawsze towarzyszy mi przy tym takie dziwne uczucie... Czuję wtedy ciepło w sercu, radość i... zawsze mam ochotę wręcz  wejść w ten monitor i zacząć skakać z całym tłumem, który wydawał się zbiorowiskiem najszczęśliwszych ludzi na świecie. Chociaż w sumie "zbiorowisko ludzi" to chyba nieodpowiednie określenie, zbyt chłodne. Ten tłum ludzi, skaczący pod sceną i krzyczący w niebogłosy, jest jak jedna, wielka rodzina. Po prostu Echelon. Chyba to najbardziej urzekło mnie w Marsach - traktowanie swoich fanów jak rodzinę, jak bracia i siostry. W ogóle rzadko kiedy nazywają fanów rzeczywiście "fanami". Przeważnie używają słowa "rodzina", "przyjaciele" lub po prostu "echelon", które było jednoznaczne z dwoma poprzednimi określeniami. Czyż to nie jest kochane? Tacy idole to skarb. Widząc ich oddanie fanom i to, co dla nas robią, momentami mam ochotę popłakać się ze wzruszenia. Przecież równie dobrze mogliby odwalić całą robotę, zarobić pieniądze i to wszystko. Ale u nich to jest coś więcej... Tak jakby chcą dać nam kawałek siebie i tego, co czują. Pragną pokazać, że jesteśmy jednością. Każdego dnia, dziękuję losowi za to, że postawił na mojej drodze tak wspaniałych ludzi. Poznałam naprawdę bardzo dużo Echelonu, niestety jedynie przez internet, ale mimo wszystko zawsze mogę na nich liczyć, tak samo oni na mnie. Jesteśmy najwspanialszą rodziną na całym, pieprzonym świecie.
   O 17:00 wyszłam już z domu. Wcześniej sprawdziłam dokładnie, jak dojść do klubu. Nie spieszyłam się. Miałam przecież aż dwie godziny, więc spokojnie mogłam iść powoli, spacerkiem, w dodatku ten klub nie był zbytnio daleko. Szłam ulicami wspaniałego Los Angeles, w uszach miałam słuchawki, w których puszczałam naokrągło piosenkę "City of angels", która była wręcz idealna jak na tamten moment. Myślałam wtedy o tym, że jestem najzwyczajniej w świecie szczęśliwa. Szesnastoletnia Ange w Los Angeles, w Mieście Aniołów. Czułam, że mogę wszystko. Ten wyjazd z Polski dodał mi skrzydeł, moja samoocena znacznie wzrosła, a ja zaczęłam wierzyć w siebie i w swoje marzenia, a największe z nich miało się lada moment spełnić. To chyba był świetny dowód na magię tego miasta. Byłam tu zaledwie od dwóch dni, a to o czym śniłam każdej nocy, miało mi przyjść tak szybko i łatwo. W głowie miałam już tysiące scenariuszy, jak koncert mógłby wyglądać. Najbardziej pragnęłam dostać się na scenę podczas ostatniej piosenki, lub żeby Jared wskoczył w tłum podczas "The Kill" i choć przez chwilę trzymał mnie za rękę, a miał w zwyczaju robić takie rzeczy podczas występów. Byłam też bardzo ciekawa, jakie to uczucie skakać w rytm swoich ulubionych piosenek, granych na żywo. Oglądając koncerty w ekranie laptopa było to dla mnie już wielkim przeżyciem, a co dopiero bycie na jednym z nich! Tego, co czuje się podczas nich nie da się opisać słowami, trzeba tam po prostu być.
    Zmierzając do klubu, który był już  niedaleko, przechodziłam obok parku, gdy nagle zadzwonił mój telefon. Na ekranie widniał napis "ciotka Sara". Na początku chciałam zignorować połączenie, bo pomyślałam, że jeśli dzwoni do mnie ciotka, to pewnie nie jest to nic ważnego, z resztą nie chciałam psuć sobie dnia, słysząc jej głos. Nacisnęłam czerwoną słuchawkę. Nie minęło kilka sekund, a telefon znów zaczął dzwonić i znów była to ta sama osoba. Postanowiłam, że odbiorę, bo pewnie ta kobieta i tak nie da mi spokoju. Nacisnęłam zieloną słuchawkę i przyłożyłam telefon do ucha.
- Ange... - usłyszałam głos zapłakanej ciotki. Coś musiało się wydarzyć.
- O mój Boże, co się stało?
- Twoi rodzice... twoi rodzice... -  była tak zapłakana, że trochę ciężko było zrozumieć, co do mnie mówi. Wiedziałam jednak, że to co usłyszę, nie będzie niczym przyjemnym.
- Mów do cholery, co się stało!
- Oni nie żyją. Wypadek samochodowy, mieli wypadek... - NIE, NIE, NIE. Nie takiej wiadomości się spodziewałam. To nie tak miało być. W tamtym momencie komórka wypadła mi z rąk na ziemię i rozpadła się na części. W jednej chwili zalałam się łzami. To nie był żart, wiedziałam o tym, bo w głosie ciotki słyszałam rozpacz. Nie, nie, nie... Kurwa, dlaczego? Dlaczego to ich spotkało? Dlaczego to ja straciłam swoich rodziców? Moje życie miało być przecież piękne, takie się wcześniej zapowiadało! Dlaczego spotkała nas taka niesprawiedliwość? Kurwa, dlaczego?! Mieliśmy zacząć nowe życie, a mama i tata zakończyli je jeszcze przed jego rozpoczęciem.
Usiadłam na ławkę, zasłoniłam twarz rękoma i zaczęłam płakać jeszcze bardziej. Pewnie nawet nie widziałam, jak ludzie się na mnie gapią. Ba, na pewno się gapili, płakałam jak głupia, nie dało się na mnie nie zwrócić uwagi. Nikt nie zdecydował się podejść i mi jakoś pomóc, oprócz jednej osoby...
- Hej, hej, dziewczyno! Co się stało? - podbiegł do mnie jakiś facet. Podniosłam na niego wzrok i to co zobaczyłam, wydawało się wręcz nierealne. Jared Leto. To był Jared Leto. Ten sam Jared Leto, który był moim idolem, autorytetem, inspiracją i marzeniem. To właśnie on jedyny zainteresował się mną, widząc mnie jako fontannę łez. Spojrzałam na niego, odruchowo wycierając łzy z policzków.
- Moi rodzice... oni... oni nie żyją. - nie wiem, dlaczego tak odrazu mu o tym powiedziałam. Momentalnie zalałam się łzami, po raz kolejny. Jared natychmiast przytulił mnie mocno do siebie. Zrobił to w taki sposób, jakby znał mnie od lat, jakby był moim najlepszym przyjacielem.
- Cichutko. - przytulił mnie jeszcze mocniej, jedną reką głaskał mnie po głowie. Ja wtuliłam się w niego, twarz kierując ku jego ramieniu. Siedzieliśmy tak przez kilka minut, aż się uspokoiłam i wylałam z siebie chyba wszystkie łzy. Jared zauważył, że już nie płaczę, oddalił się o kilka centymetrów i spojrzał mi prosto w oczy. Jeśli mam być szczera, to nawet w tamtej sytuacji, kiedy usłyszałam najgorszą wiadomość w moim życiu, nie mogłam się oprzeć jego cudownym, błękitnym jak ocean, oczom. Szczęściarą jest każda dziewczyna, która miała okazję przyglądać się im z bliska, naprawdę.
- Wstań, zawiozę cię do hotelu, w którym wynajmuję akurat pokój. Nie możesz tak tutaj siedzieć. - słyszałam troskę i przejęcie w jego głosie. Nie mogłam uwierzyć, że Jared zainteresował się moim losem. Przecież mógł, tak jak reszta przechodniów, zignorować mnie i udać, że nic się nie dzieje. Był taki kochany. Pokiwałam głową na znak, że się zgadzam, po czym wstaliśmy z ławki i udaliśmy się w stronę jego samochodu. Kiedy wsiedliśmy, Jared zdjął kaptur, który miał na głowie, żeby ludzie go nie rozpoznali, spojrzał na mnie znów tym jego troskliwym wzrokiem i delikatnie się uśmiechnął.
- Pojedziemy teraz do hotelu, tam odpoczniesz, możesz się tam przespać, a jeśli jesteś głodna, to zamówię dla ciebie jakieś jedzenie.  - Boże, dlaczego on okazywał dla mnie tyle serca? Równie dobrze mógłby albo zostawić mnie w tym parku, albo odwieźć mnie do domu i mieć mnie potem kompletnie w dupie. - Bardzo mi przykro z powodu twoich rodziców, jesteś młoda i na pewno ich potrzebujesz, a życie tak niesprawiedliwie cię potraktowało... - ścisnęło mnie w gardle. Musiałam mocno zacisnąc zęby, aby znów się nie rozkleić. To co mówił Jared, było smutną prawdą. - ...jednak ja wierzę, że dasz radę. Będziesz musiała teraz pokazać, że jesteś silna. Wierzę w ciebie. - nawet się nie odezwałam, z resztą Jared nie liczył chyba na jakąkolwiek odpowiedź. Miał rację, musiałam być teraz silna, ale w tamtym momencie miałam jedynie ochotę na to, żeby położyć się i płakać do poduszki. - A, i wybacz, że się nie przedstawiłem. Jestem Jar...
- Wiem kim jesteś. - przerwałam mu natychmiast, wskazując na mój naszyjnik z triadą. Jared zrozumiał o co chodzi, bo od razu się uśmiechnął, po czym wcisnął gaz i wyruszyliśmy do hotelu.
   Siedziałam sama w pokoju hotelowym Jareda. Ku mojemu zaskoczeniu, było to bardzo skromnie urządzone pomieszczenie. Po osobach, z takim statusem społecznym jak Marsi, spodziewałam się jednak największych luksusów. No cóż, pozytywnie się zaskoczyłam. Jared pojechał (a właściwie to poszedł - hotel był zaraz obok klubu) dać koncert, na którym przecież ja też miałam być. Jednak to chyba oczywiste, że nie poszłam. Jared wytłumaczył mi, że jeśli tylko będę czegoś potrzebowała, mam zadzwonić po obsługę. Nie skorzystałam jednak z tego. Nie byłam nawet głodna. Położyłam się na łóżku, które - tak jak również mi wyjaśnił - było do mojej dyspozycji. Zaczęłam myśleć o rodzicach. Na samą myśl o tym, że już więcej ich nie zobaczę - znów zaczęłam płakać. Zadawałam sobie tysiące pytań. Co ja bez nich zrobię? Będę musiała mieszkać z ciotką? Czy to koniec amerykańskiej sielanki? Może jednak wrócę do Polski? Na darmo było szukać jakichkolwiek odpowiedzi. Niewiedziałam nic, byłam w totalnej pustce. Osiągnęłam dno. To nie tak miało wyglądać. Jednak... było takie małe światełko w tunelu, rzecz, na której myśl, uśmiechałam się w duchu, nawet po stracie rodziców - poznałam Jareda i leżałam właśnie w jego pokoju hotelowym. Jakie miał zamiary? Co się stanie następnego dnia? Kolejne pytania bez odpowiedzi. Łez leciało coraz mniej, to już był chyba naprawdę limit. Nigdy nie wylałam z siebie ich tak dużo jednego dnia. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

_____________________

Hej! Oto drugi rozdział. Przepraszam, że musieliście czekać aż tydzień, ale dopiero w weekend znalazłam czas, żeby go napisać.
Zapraszam do komentowania i jeśli macie jakieś uwagi, to także piszcie. (:

niedziela, 30 marca 2014

1. Duże zmiany.

    - Ange! Wstawaj, dziś ostatni dzień szkoły! - te słowa usłyszałam w dniu, na który czekałam od 3 lat. Zakończenie tego pieprzonego piekła - gimnazjum. Nienawidziłam wszystkiego, co z nim związane. Okropnie było patrzeć pięć razy w tygodniu na te wszystkie zakłamane twarze, fałszywe uśmiechy. Tak bardzo tego nienawidziłam. Przez 3 lata udawałam szczęśliwą nastolatkę. W rzeczywistości tak nie było. Przecież nigdy nie miałam prawdziwych przyjaciół. Ludzie, których poznałam wiecznie udawali, zawsze rzucali mi kłodę pod nogi. Z resztą każdy zachowywał się w ten sposób wobec siebie. Ja nie chciałam taka być. Dlatego zakończenie gimnazjum miało być dla mnie wspaniałym dniem. Ale to nie był jedyny powód do szczęścia. Istniało jeszcze coś, co sprawiało, że miałam ochotę piszczeć i skakać. Wyjazd do Los Angeles, do mojego wymarzonego Miasta Aniołów! Ojciec znalazł tam pracę, bardzo dobrze płatną. Dowiedziałam się, że mam tam ciotkę, u której zamieszkamy na jakiś czas, póki sobie wszystkiego nie poukładamy. Nowością było dla mnie też to, że od września i ja miałam zacząć pracę. Tak, ja, szesnastoletnia dziewczyna. Nie miała być to ciężka robota - pomoc w sklepie mojej ciotki. Był to chyba jakiś mały sklepik z różnymi pierdołami, nic wielkiego. Myślę, że jak dla mnie jest to niezła praca, mogłam się po prostu dorobić na własne zachcianki i nie obciążać tym swoich rodziców.
     Uroczyste zakończenie roku szkolnego dobiegło końca. Weszłam do domu z najszczerszym uśmiechem, jaki zagościł na mej twarzy po 3 latach.
- Jestem! - krzyknęłam, wchodząc do niewielkiej kuchni. Moje mieszkanie było skromne, przeciętne. Sypialnia rodziców, mój pokój (który był tym ulubionym kątem w domu), pokój gościnny, kuchnia, toaleta. Nic nadzwyczajnego. W ogóle żyliśmy skromnie, dlatego ten wyjazd do LA i nowa, lepiej płatna praca mojego ojca zapowiadała się być czymś naprawdę niezwykłym. Mieliśmy zacząć wszystko od nowa.
- I jak, zdążyłaś się pożegnać ze swoimi przyjaciółmi? - zapytała mnie mama z równie szerokim uśmiechem na twarzy.
- Och, oczywiście, że tak! Będę za nimi trochę tęsknić... - kłamstwo. Po pierwsze: nie miałam przyjaciół, po drugie: za nikim nie będę tęsknić.
- Wylatujemy z Polski 1 lipca, tata zarezerwował już bilety na samolot. - powiedziała, prawie że jednym tchem. Boże, cóż za cudowna wiadomość! Wiedziałam, że mieliśmy stąd wyjechać szybko, ale nie wiedziałam, że AŻ tak szybko. Musiałam się pohamować, aby nie zacząć skakać ze szczęścia.
- To za dwa dni! Wow, nie spodziewałam się takiego tempa. 
- To nie koniec wieści... Lepiej usiądź. - okej, zaczęłam się powoli obawiać, że mogę usłyszeć za chwilę jakąś wiadomość, która niekoniecznie mi się spodoba. - Pojedziesz 3 lipca na koncert tego twojego ulubionego zespołu... jak im tam...
- 30 Seconds To Mars, Marilyn Manson?! Mamo, jak to?! - krzyknęłam o mało nie piszcząc ze szczęścia. Nie mogłam uwierzyć. Nie takiej wiadomości się spodziewałam, jednak mama zaskoczyła mnie w bardzo pozytywny sposób. Nie mogłam w to uwierzyć.
- Och tak, to ten pierwszy zespół. Nie wiem, czy mogłabym puścić cię na tego drugiego... szatana. - udałam, że nie usłyszałam ostatniego słowa. Zawsze mnie irytował sposób, w jaki wypowiadała się o Mansonie.
- Ale jak to? A bilety? Trzeba zamówić bilety i...
- Spokojnie. - przerwała mi natychmiast. Wszystko załatwione. Z twoim tatą uznaliśmy, że skoro od dawna tak bardzo ci zależy na ich koncercie, to my ci to zagwarantujemy, jeśli mamy ku temu możliwość. Ange, 3 lipca zobaczysz swoich idoli. -oznajmiła mi w taki sposób jakby chciała mnie upewnić, że to co mówi jest prawdą. Nie odpowiedziałam. Po prostu rzuciłam jej się na szyję i zaczęłam płakać. Ten koncert to spełnienie moich marzeń. Mama chyba nigdy w życiu nie wiedziała mnie w stanie takiej euforii.

***********

    6 rano. Nadszedł ten dzień. Dzień, w którym wszystko miało się zmienić, a wiedziałam, że tak się stanie. Tak naprawdę w nocy prawie nie spałam. Nie potrafiłam zasnąć ze świadomością, że za kilka godzin opuszczę swój ojczysty kraj i rodzinne miasto. Najlepsze było to, że wcale nie było mi z tego powodu ani smutno, ani przykro. Nie miałam przecież za czym i za kim tęsknić. No, może jedynie za moją najbliższą rodziną, ale ci obiecali, że będziemy w kontakcie i że pewnego dnia nas odwiedzą. Czyli nie musiałam się o nic martwić.
    Wstałam z łóżka, spoglądając na spakowane już walizki. Podeszłam do biurka, na którym leżała kartka z rozpiską wszystkich rzeczy, które miałam ze sobą zabrać. Sprawdziłam walizki trzy razy, aby mieć pewność, że wszystko spakowałam. Oczywiście tak też było. Poszłam do łazienki, żeby wziąć szybki prysznic. Wychodząc z mojego pokoju, zobaczyłam rodziców, którzy również szykowali się do podróży. Co prawda wylot mieliśmy o 11:00, ale chyba wszyscy byliśmy tak bardzo przejęci tym wszystkim, że nie potrafiliśmy dłużej spać, nie było o tym mowy. Po umyciu się, ubrałam obcisłe dżinsy oraz czarny t-shirt Bring me the horizon. Nałożyłam na rzęsy niewielką ilość tuszu, a moje ciemnie, farbowane już kilka razy włosy spięłam w kitkę. Pomyślałam też o tym, żeby może coś zjeść, ale byłam tak zestresowana nadchodzącym lotem, że nie potrafiłam niczego przełknąć. Nigdy nie leciałam samolotem, a za kilka godzin miałam wylecieć do LA. Naoglądałam się tylu filmów o katastrofach lotniczych, że momentami byłam naprawdę przerażona myślą, że i ja będę musiała wsiąść do tej ogromnej maszyny. Jednak rodzice, którzy lecieli już samolotem, uspakajali mnie i cały czas mówili, że nie ma powodu do obaw. Starałam się im uwierzyć.
    Czas, jaki pozostał do odlotu zagospodarowałam na rozmyślanie. Rozmyślanie nad tym, jak będzie wyglądało teraz moje życie. Nasuwały mi się miliony pytań. Jak sobie poradzę w tak ogromnym mieście? Czy znajdę tam przyjaciół? Może się zakocham? Może jednak zacznę tam kiedyś studiować? I co najważniejsze: czy uda mi się spotkać swoich idoli? To, że pojadę na koncert Marsów miałam już zagwarantowane, ale tak naprawdę liczyłam na coś więcej. Marzyłam o tym, żeby z nimi chociaż chwilę porozmawiać. Chciałam  najzwyczajniej w świecie się do nich przytulić i podziękować za to, że po prostu są. Mieszkanie w LA na pewno da mi większą szansę, że to się spełni. Postanowiłam, że będę próbować. Tak bardzo chciałam już tam być... 

********

    Podróż minęła spokojnie. Zbędne były moje obawy o to, że coś może się stać podczas lotu. Wysiedliśmy z samolotu. Na lotnisku był bardzo duży tłok, musiałam trzymać się rodziców, żeby się nie zgubić. Ciotka już na nas czekała. Stała przy swoim czarnym mercedesie. Naprawdę niezłe auto. Zawsze podobały mi się nowoczesne, czarne, lśniące samochody, a w USA była to chyba norma.
- Chodźcie tutaj! - krzyknęła do nas, wymachując ręką tak, abyśmy ją zauważyli. Nie trudno było ją odszukać wzrokiem wśród tłumu, skoro miała na sobie żarówiasty, rażący w oczy top. Szybkim krokiem podeszliśmy do niej z naszymi ogromnymi bagażami. - Jak dobrze was widzieć po tylu latach! - powiedziała, niby z entuzjazmem, przytulając do siebie moją mamę, potem ojca, a w ostatniej kolejności mnie. Poczułam się dziwnie i nieswojo. Ciotka Sara była dla mnie tak naprawdę zupełnie obcą kobietą. Co gorsza od razu zauważyłam fałszywość w jej oczach. Nie wiem czemu, to chyba taki "dar", lub po prostu doświadczenie nabyte po 3 latach gimnazjum. Od razu potrafiłam wyczuć, czy ktoś ma dobre intencje, a kto tylko udaje. A ciotka udawała. Czułam, że nie jest jakoś specjalnie zachwycona naszym przyjazdem. Jestem ciekawa czy rodzice musieli się doprosić, aby u niej zamieszkać, czy ona sama to zaproponowała. Ugh, już na samym wstępie jej nie polubiłam. Nie lubiłam takich kobiet jak ona. 
    Jechaliśmy z lotniska do naszego nowego domu. Całą podróż gapiłam się przez szybę samochodu na to cudowne miasto. Byłam zachwycona... Nie bez powodu Los Angeles jest nazywane krainą miliona świateł. Zawsze miałam okazję oglądać ją jedynie na zdjęciach, czy też teledyskach, a teraz ja, we własnej osobie miałam tam zamieszkać. Czy życie nie jest piękne? Dojechaliśmy do celu. Gdy wysiadłam z czarnego merca ciotki to... szczęka mi opadła! Dom był ogromny! Szczerze mówiąc nie mam pojęcia po co aż tak ogromny, skoro ciotka Sara mieszkała sama. Basen, pięknie wypielęgnowany ogród, drewniana altanka... Ha, najśmieszniejsze było to, że ona sama na to nie zapracowała. Była wdową. Dostawała co miesiąc pieniądze za swojego zmarłego męża. No przecież ze zwykłego sklepiku nie dorobiłaby się takiego majątku. Weszliśmy do domu. Wnętrze było zaprojektowane w odcieniach bieli i szarości, co nie wywarło na mnie piorunującego wrażenia. Ciotka zaprowadziła mnie od razu do góry po schodach, aby pokazać mi mój pokój. Weszłyśmy na piętro. Wskazała mi ręką pierwsze drzwi po prawej, po czym zeszła od razu na dół. Chyba obojętne jej było czy spodoba mi się pokój, czy też nie. Otworzyłam drzwi i zaraz po tym szepnęłam sama do siebie ciche 'wow'. Byłam zdumiona, bo pokój był dwa razy większy od tego dotychczasowego. Jasnozielone ściany, dwuosobowe łóżko ze śnieżnobiałą pościelą, duża, przestrzenna komoda, która bez problemu pomieściła moje ubrania, ogromne lustro, w którym mogłam się cała przejrzeć. Brakowało mi tylko rzeczy, które wyrażały mnie i to co kocham, ale wiedziałam, że z upływem czasu mój pokój będzie wyglądał tak, jak chciałam żeby wyglądał.
    Zeszłam na dół do kuchni, w której byli moi rodzice wraz z ciotką. Na stole była już przygotowana kolacja, na której widok aż ciekła mi ślinka. Byłam bardzo głodna. Usiedliśmy do stołu, zaczęliśmy jeść, rozmawiać o tym jak minęła podróż i w ogóle o takich nic nieznaczących głupotach. Po kolacji wzięłam długą, odprężającą kąpiel, po czym walnęłam się na łóżko i natychmiast zasnęłam. Musiałam być strasznie zmęczona.

********
    2 lipca. Ten dzień spędziliśmy na małym "zwiedzaniu" LA. Ciotka pokazała nam okolicę, żebyśmy wiedzieli jak mamy się mniej więcej poruszać, jeśli chcielibyśmy wybrać się na jakieś zakupy, może do kawiarni czy restauracji, lub po prostu na spacer. To miasto było tak ogromne, że naprawdę łatwo było się w nim zgubić. Taka wycieczka zdecydowanie nam się przydała. Och, byłam zafascynowana Miastem Aniołów. Obserwowanie jego codzienniego życia było już dla mnie czymś niezwykłym. Boże, chwilami zastanawiałam się, czy to wszystko dzieję się naprawdę. To było jak sen, z którego nie miałam ochoty się wybudzać. Po powrocie do domu byłam padnięta. Wzięłam prysznic, po czym położyłam się od razu do łóżka. Westchnęłam głęboko, czując ulgę, że po całym, męczącym dniu leżę w wygodnej, miękkiej pościeli.
- Jutro koncert... zobaczę ich. - szepnęłam do siebie cichutko, po czym zamknęłam oczy i pogrążyłam się w głębokim śnie. Tak, czekał mnie wielki dzień. Koncert Marsów. Nie sądziłam tylko, że tego dnia moje życie zmieni się tak bardzo i niespodziewanie.

____________________

Hej. Jestem Echelonem, który postanowił stworzyć tu swój mały świat. Oto pierwszy rozdział. Opowiadanie będzie głównie o Jaredzie, ale obiecuję, że momentów Shomo nie zabraknie! W kolejnym rozdziale akcja na pewno znacznie się rozwinie. Nie wiem kiedy go wstawię... zawsze piszę pod wpływem weny, więc ciężko mi stwierdzić, co ile będą pojawiać się rozdziały. Cóż, zapraszam do czytania i komentowania :)