czwartek, 3 kwietnia 2014

2. Szczęście w nieszczęściu?

   Rażące w oczy promienie słońca, przenikające przez cienką firankę zawieszoną na moim oknie, obudziły mnie wcześniej niż przewidywałam. Rozpoczął się ten dzień, na który czekałam od bardzo dawna. Przeciągnęłam się kilka razy jednocześnie ziewając, przetarłam moje zaspane oczy, po czym bez problemu wstałam. Już od samego rana byłam strasznie podekscytowana, chciałam zacząć przygotowania już, teraz, zaraz! Zeszłam na dół, aby zjeść jakieś śniadanie. Byłam bardzo głodna, bo ostatniego wieczoru nic kompletnie nie jadłam, tylko od razu poszłam spać. W kuchni siedziała jedynie ( i na szczęście) mama. Ojciec z ciotką pojechali gdzieś do miasta, bo tata musiał załatwić coś jeszcze w związku z nową pracą. A napisałam ''na szczęście'', bo po prostu lubiłam spędzać poranki z mamą, rozmawiając nawet o zwykłych głupotach. Z tatą nie miałam tak dobrego kontaktu jak z nią, a o ciotce już nie wspomnę. Oprócz tego, że zamieszkałyśmy pod jednym dachem, nie łączyło nas nic więcej. Była dla mnie zupełnie obca.
- I jak się spało? - mama odezwała się do mnie, kiedy tylko pojawiłam się u progu kuchni. W ręku trzymała oczywiście filiżankę z kawą. I ona, i mój tata byli uzależnieni.
- A, całkiem dobrze. - odpowiedziałam, dosiadając się do stolika. Skubnęłam jej jednego tosta, którego miała na talerzu. Uwielbiałam jej tosty, były najlepsze na świecie. Idealne na śniadanie.
- Twój tato zaprosił mnie na kolację dzisiejszego wieczoru... Nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli nie podwieziemy cię na ten koncert? Wiesz, restauracja, do której jedziemy, jest w zupełnie  innej części miasta i...
- Oczywiście, że nie mam nic przeciwko! Ten klub jest niedaleko, z resztą mogę sprawdzić w necie jak mam dojść. - naprawdę się ucieszyłam, że mnie nie będą podwozić. Mogłam przy okazji pospacerować trochę po LA sama i zachwycać się nim dwa razy bardziej. Samochodem nie miałabym takiej frajdy, bo chwila moment i dojechalibyśmy do klubu.
- O, to świetnie. Mam jeszcze małe pytanie... W co ja mam się ubrać? - zauważyłam lekki uśmiech na jej twarzy, który od razu odwzajemniłam. Lubiłam, gdy pytała mnie o takie rzeczy, bo czułam się, jakbym miała doradzać najlepszej przyjaciółce, która idzie na randkę z nowo poznanym przez siebie chłopakiem. To takie urocze, że moi rodzice po tylu latach małżeństwa, chcieli zrobić na sobie jak najlepsze wrażenie.
- Ubierz to, w czym czujesz się dobrze. We wszystkim wyglądasz świetnie, a tata na pewno będzie zachwycony.

*******

   Zaczęłam się szykować. Wzięłam długą, odprężającą kąpiel, po czym poszłam do swojego pokoju, żeby ubrać się w końcu odpowiednio do okoliczności. Stanęłam na środku i walnęłam się w czoło, bo uświadomiłam sobie, że nie przygotowałam ubrań na dziś i nie miałam pojęcia, gdzie jest mój 'marsowy' t-shirt. Zaczęłam przekopywać szafę z ubraniami, aż w końcu większość znalazła się na podłodze. Straciłam na poszukiwaniach sporo czasu, ale nie było mowy o tym, abym przestała szukać. Dla mnie ten t-shirt był niezbędną rzeczą, jakiej potrzebowałam na ten koncert. Nie znałam tu nikogo, więc chciałam, żeby Echelon, który spotka mnie na mieście, rozpoznał, że należę do nich. Na szczęście moje poszukiwania zakończyły się sukcesem i mogłam odetchnąć z ulgą. Ubrałam t-shirt, obcisłe, czarne rurki i oczywiście mój naszyjnik z triadą. Włosy rozpuściłam, lekko podprostowałam końcówki, bo zawsze wywijały mi się na wszystkie strony i zrobiłam delikatny makijaż. Stanęłam przed ogromnym lustrem, które miałam w moim pokoju, obejrzałam się z każdej możliwej strony i nareszcie mogłam stwierdzić, że wyglądam tak, jak chciałam wyglądać - idealnie. No, i poza tym każdy Echelon byłby w stanie rozpoznać we mnie 'duszę z Marsa'.
   Była dopiero 15:00, więc zostały mi cztery godziny. Postanowiłam, że pooglądam w internecie koncerty Marsów. Och, jak ja uwielbiam to robić. Zawsze towarzyszy mi przy tym takie dziwne uczucie... Czuję wtedy ciepło w sercu, radość i... zawsze mam ochotę wręcz  wejść w ten monitor i zacząć skakać z całym tłumem, który wydawał się zbiorowiskiem najszczęśliwszych ludzi na świecie. Chociaż w sumie "zbiorowisko ludzi" to chyba nieodpowiednie określenie, zbyt chłodne. Ten tłum ludzi, skaczący pod sceną i krzyczący w niebogłosy, jest jak jedna, wielka rodzina. Po prostu Echelon. Chyba to najbardziej urzekło mnie w Marsach - traktowanie swoich fanów jak rodzinę, jak bracia i siostry. W ogóle rzadko kiedy nazywają fanów rzeczywiście "fanami". Przeważnie używają słowa "rodzina", "przyjaciele" lub po prostu "echelon", które było jednoznaczne z dwoma poprzednimi określeniami. Czyż to nie jest kochane? Tacy idole to skarb. Widząc ich oddanie fanom i to, co dla nas robią, momentami mam ochotę popłakać się ze wzruszenia. Przecież równie dobrze mogliby odwalić całą robotę, zarobić pieniądze i to wszystko. Ale u nich to jest coś więcej... Tak jakby chcą dać nam kawałek siebie i tego, co czują. Pragną pokazać, że jesteśmy jednością. Każdego dnia, dziękuję losowi za to, że postawił na mojej drodze tak wspaniałych ludzi. Poznałam naprawdę bardzo dużo Echelonu, niestety jedynie przez internet, ale mimo wszystko zawsze mogę na nich liczyć, tak samo oni na mnie. Jesteśmy najwspanialszą rodziną na całym, pieprzonym świecie.
   O 17:00 wyszłam już z domu. Wcześniej sprawdziłam dokładnie, jak dojść do klubu. Nie spieszyłam się. Miałam przecież aż dwie godziny, więc spokojnie mogłam iść powoli, spacerkiem, w dodatku ten klub nie był zbytnio daleko. Szłam ulicami wspaniałego Los Angeles, w uszach miałam słuchawki, w których puszczałam naokrągło piosenkę "City of angels", która była wręcz idealna jak na tamten moment. Myślałam wtedy o tym, że jestem najzwyczajniej w świecie szczęśliwa. Szesnastoletnia Ange w Los Angeles, w Mieście Aniołów. Czułam, że mogę wszystko. Ten wyjazd z Polski dodał mi skrzydeł, moja samoocena znacznie wzrosła, a ja zaczęłam wierzyć w siebie i w swoje marzenia, a największe z nich miało się lada moment spełnić. To chyba był świetny dowód na magię tego miasta. Byłam tu zaledwie od dwóch dni, a to o czym śniłam każdej nocy, miało mi przyjść tak szybko i łatwo. W głowie miałam już tysiące scenariuszy, jak koncert mógłby wyglądać. Najbardziej pragnęłam dostać się na scenę podczas ostatniej piosenki, lub żeby Jared wskoczył w tłum podczas "The Kill" i choć przez chwilę trzymał mnie za rękę, a miał w zwyczaju robić takie rzeczy podczas występów. Byłam też bardzo ciekawa, jakie to uczucie skakać w rytm swoich ulubionych piosenek, granych na żywo. Oglądając koncerty w ekranie laptopa było to dla mnie już wielkim przeżyciem, a co dopiero bycie na jednym z nich! Tego, co czuje się podczas nich nie da się opisać słowami, trzeba tam po prostu być.
    Zmierzając do klubu, który był już  niedaleko, przechodziłam obok parku, gdy nagle zadzwonił mój telefon. Na ekranie widniał napis "ciotka Sara". Na początku chciałam zignorować połączenie, bo pomyślałam, że jeśli dzwoni do mnie ciotka, to pewnie nie jest to nic ważnego, z resztą nie chciałam psuć sobie dnia, słysząc jej głos. Nacisnęłam czerwoną słuchawkę. Nie minęło kilka sekund, a telefon znów zaczął dzwonić i znów była to ta sama osoba. Postanowiłam, że odbiorę, bo pewnie ta kobieta i tak nie da mi spokoju. Nacisnęłam zieloną słuchawkę i przyłożyłam telefon do ucha.
- Ange... - usłyszałam głos zapłakanej ciotki. Coś musiało się wydarzyć.
- O mój Boże, co się stało?
- Twoi rodzice... twoi rodzice... -  była tak zapłakana, że trochę ciężko było zrozumieć, co do mnie mówi. Wiedziałam jednak, że to co usłyszę, nie będzie niczym przyjemnym.
- Mów do cholery, co się stało!
- Oni nie żyją. Wypadek samochodowy, mieli wypadek... - NIE, NIE, NIE. Nie takiej wiadomości się spodziewałam. To nie tak miało być. W tamtym momencie komórka wypadła mi z rąk na ziemię i rozpadła się na części. W jednej chwili zalałam się łzami. To nie był żart, wiedziałam o tym, bo w głosie ciotki słyszałam rozpacz. Nie, nie, nie... Kurwa, dlaczego? Dlaczego to ich spotkało? Dlaczego to ja straciłam swoich rodziców? Moje życie miało być przecież piękne, takie się wcześniej zapowiadało! Dlaczego spotkała nas taka niesprawiedliwość? Kurwa, dlaczego?! Mieliśmy zacząć nowe życie, a mama i tata zakończyli je jeszcze przed jego rozpoczęciem.
Usiadłam na ławkę, zasłoniłam twarz rękoma i zaczęłam płakać jeszcze bardziej. Pewnie nawet nie widziałam, jak ludzie się na mnie gapią. Ba, na pewno się gapili, płakałam jak głupia, nie dało się na mnie nie zwrócić uwagi. Nikt nie zdecydował się podejść i mi jakoś pomóc, oprócz jednej osoby...
- Hej, hej, dziewczyno! Co się stało? - podbiegł do mnie jakiś facet. Podniosłam na niego wzrok i to co zobaczyłam, wydawało się wręcz nierealne. Jared Leto. To był Jared Leto. Ten sam Jared Leto, który był moim idolem, autorytetem, inspiracją i marzeniem. To właśnie on jedyny zainteresował się mną, widząc mnie jako fontannę łez. Spojrzałam na niego, odruchowo wycierając łzy z policzków.
- Moi rodzice... oni... oni nie żyją. - nie wiem, dlaczego tak odrazu mu o tym powiedziałam. Momentalnie zalałam się łzami, po raz kolejny. Jared natychmiast przytulił mnie mocno do siebie. Zrobił to w taki sposób, jakby znał mnie od lat, jakby był moim najlepszym przyjacielem.
- Cichutko. - przytulił mnie jeszcze mocniej, jedną reką głaskał mnie po głowie. Ja wtuliłam się w niego, twarz kierując ku jego ramieniu. Siedzieliśmy tak przez kilka minut, aż się uspokoiłam i wylałam z siebie chyba wszystkie łzy. Jared zauważył, że już nie płaczę, oddalił się o kilka centymetrów i spojrzał mi prosto w oczy. Jeśli mam być szczera, to nawet w tamtej sytuacji, kiedy usłyszałam najgorszą wiadomość w moim życiu, nie mogłam się oprzeć jego cudownym, błękitnym jak ocean, oczom. Szczęściarą jest każda dziewczyna, która miała okazję przyglądać się im z bliska, naprawdę.
- Wstań, zawiozę cię do hotelu, w którym wynajmuję akurat pokój. Nie możesz tak tutaj siedzieć. - słyszałam troskę i przejęcie w jego głosie. Nie mogłam uwierzyć, że Jared zainteresował się moim losem. Przecież mógł, tak jak reszta przechodniów, zignorować mnie i udać, że nic się nie dzieje. Był taki kochany. Pokiwałam głową na znak, że się zgadzam, po czym wstaliśmy z ławki i udaliśmy się w stronę jego samochodu. Kiedy wsiedliśmy, Jared zdjął kaptur, który miał na głowie, żeby ludzie go nie rozpoznali, spojrzał na mnie znów tym jego troskliwym wzrokiem i delikatnie się uśmiechnął.
- Pojedziemy teraz do hotelu, tam odpoczniesz, możesz się tam przespać, a jeśli jesteś głodna, to zamówię dla ciebie jakieś jedzenie.  - Boże, dlaczego on okazywał dla mnie tyle serca? Równie dobrze mógłby albo zostawić mnie w tym parku, albo odwieźć mnie do domu i mieć mnie potem kompletnie w dupie. - Bardzo mi przykro z powodu twoich rodziców, jesteś młoda i na pewno ich potrzebujesz, a życie tak niesprawiedliwie cię potraktowało... - ścisnęło mnie w gardle. Musiałam mocno zacisnąc zęby, aby znów się nie rozkleić. To co mówił Jared, było smutną prawdą. - ...jednak ja wierzę, że dasz radę. Będziesz musiała teraz pokazać, że jesteś silna. Wierzę w ciebie. - nawet się nie odezwałam, z resztą Jared nie liczył chyba na jakąkolwiek odpowiedź. Miał rację, musiałam być teraz silna, ale w tamtym momencie miałam jedynie ochotę na to, żeby położyć się i płakać do poduszki. - A, i wybacz, że się nie przedstawiłem. Jestem Jar...
- Wiem kim jesteś. - przerwałam mu natychmiast, wskazując na mój naszyjnik z triadą. Jared zrozumiał o co chodzi, bo od razu się uśmiechnął, po czym wcisnął gaz i wyruszyliśmy do hotelu.
   Siedziałam sama w pokoju hotelowym Jareda. Ku mojemu zaskoczeniu, było to bardzo skromnie urządzone pomieszczenie. Po osobach, z takim statusem społecznym jak Marsi, spodziewałam się jednak największych luksusów. No cóż, pozytywnie się zaskoczyłam. Jared pojechał (a właściwie to poszedł - hotel był zaraz obok klubu) dać koncert, na którym przecież ja też miałam być. Jednak to chyba oczywiste, że nie poszłam. Jared wytłumaczył mi, że jeśli tylko będę czegoś potrzebowała, mam zadzwonić po obsługę. Nie skorzystałam jednak z tego. Nie byłam nawet głodna. Położyłam się na łóżku, które - tak jak również mi wyjaśnił - było do mojej dyspozycji. Zaczęłam myśleć o rodzicach. Na samą myśl o tym, że już więcej ich nie zobaczę - znów zaczęłam płakać. Zadawałam sobie tysiące pytań. Co ja bez nich zrobię? Będę musiała mieszkać z ciotką? Czy to koniec amerykańskiej sielanki? Może jednak wrócę do Polski? Na darmo było szukać jakichkolwiek odpowiedzi. Niewiedziałam nic, byłam w totalnej pustce. Osiągnęłam dno. To nie tak miało wyglądać. Jednak... było takie małe światełko w tunelu, rzecz, na której myśl, uśmiechałam się w duchu, nawet po stracie rodziców - poznałam Jareda i leżałam właśnie w jego pokoju hotelowym. Jakie miał zamiary? Co się stanie następnego dnia? Kolejne pytania bez odpowiedzi. Łez leciało coraz mniej, to już był chyba naprawdę limit. Nigdy nie wylałam z siebie ich tak dużo jednego dnia. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

_____________________

Hej! Oto drugi rozdział. Przepraszam, że musieliście czekać aż tydzień, ale dopiero w weekend znalazłam czas, żeby go napisać.
Zapraszam do komentowania i jeśli macie jakieś uwagi, to także piszcie. (: